Ryszard Maciejkianiec

Powinni przyjść inni ludzie

Rozmowa z Zygmuntem Gajdamowiczem, radnym z listy socjaldemokratycznej w rejonie wileńskim

Panie Zygmuncie, od kilku kadencji powtarza się ten sam wynik wyborczy - ogólnolitewskie partie w rejonie wileńskim chętnie biorą na swoje listy Polaków. Tym niemniej wynik pozostaje ten sam - Polacy - wyborcy głosują na partię, która deklaruje się jako polska, a Polacy na listach innych partii w wyniku punktowania "spadają w dół" i nie zostają wybrani, mimo że uczciwie i dużo pracują w trakcie kampanii wyborczej. Pan jest tym pierwszym wyjątkiem, który mimo spadku z trzeciego na miejsce piąte został jednak wybrany na radnego samorządu wileńskiego. Co wpłynęło na Pana sukces?

Ten sukces zależał oczywiście od ludzi, wyborców. Pracując w swoim czasie w gminie byłem z ludźmi, żyłem ich problemami. Nie przedstawiałem sobie, że można kogoś nie wysłuchać, nie przyjąć, mimo że w wielu wypadkach przychodzili oni nie do urzędu starostwa, a prosto do domu w wolnym od pracy czasie. Pracowałem nie dla władzy, a dla nich. Na szczęście, mimo upływu czasu, ludzie pamiętają dobro. Przez czternaście lat śpiewałem w zespole "Majszagolanie", jeździliśmy do wielu miejscowości z koncertami niosąc radość i otuchę w niełatwe czasy - to też widocznie się zapamiętało. Nawet już kiedy nie byłem starostą - ludzie przez dłuższy jeszcze okres przychodzili do domu, spotykali w sklepie czy kościele, prosząc o radę czy konsultację. Tym bardziej, że ten, który z woli mera zajął po mnie stanowisko starosty ma zupełnie odmienny stosunek do ludzi - musztruje ich, stworzył sztuczne kolejki itp.

Natomiast "polska" władza w rejonie widzi to zupełnie inaczej - starosta im powinien służyć, a nie ludziom. I tylko tacy dziś mogą pracować w rejonie. Nie bez powodu przecież zawsze i każdemu daje się do zrozumienia - zatwierdzamy ciebie jako starostę, ale pamiętaj, że w dowolnej chwili możesz być odwołany.

Tym niemniej, mimo wielu lat pracy w gminie mejszagolskiej i Pana popularności w tym środowisku nie uzyskał Pan większościowego poparcia w Mejszagole. Dlaczego?

Bo wszystkie możliwe w Mejszagole siły były rzucone przeciwko mnie. Brudny atak był wprost niesamowity, żeby Gajdamowicza, chociaż Polaka, ale z innej partii, za wszelką cenę pokonać. Decydującą rolę w tym odegrali nauczyciele - chodzili po domach, szerzyli przeróżne pomówienia. Ale trzeba powiedzieć, że z wielu domów musieli wyjść jak "nie pyszni" - ludzie im powiedzieli w oczy co o mnie i o nich myślą. Szczególnie boleśnie odbierałem słowa, kiedy Polaków na prawdziwych ( tych od Akcji ) i nieprawdziwych ( z innych partii ) zaczął dzielić ten, który powinien być naszym moralnym przewodnikiem.

Wszystko to miało duży wpływ na wyniki wyborów, bo w trudnym czasie człowiek uzależniony od władzy, ulega naciskom tych, którzy aktualnie rządzą. Dlatego uważam, że głosy oddane na mnie i innych są przejawem obywatelskiej odwagi i wyrazem protestu wobec rządów AWPL.

W swoim czasie, organizując pierwsze wybory w imieniu ZPL, jak pamiętamy, starano się unikać upolityczniania działalności szkół, uznając iż mają one do odegrania bardziej ważną misję - wykształcenia i wychowania młodzieży polskiej. Dziś, jak wskazują obserwacje, sytuacja w szkolnictwie kardynalnie się zmieniła. Jak Pan to odbiera i ocenia?

Wyjątkowo negatywnie. Nauczyciel powinien uczyć i wychowywać, szczególnie dziś, kiedy wiedza i umiejętność jej zastosowania w czasach nieustających zmian i progresu naukowego jest szczególnie ważna. Zresztą samo przez się jest zrozumiałe, że nauczyciel, poświęcając tyle wysiłku różnym kampaniom, nie może wystarczająco poświęcić się procesowi nauczania. Nie jest więc dziełem przypadku, że wielu rodziców z Mejszagoły posyła swoje dzieci do Wilna na dodatkowe zajęcia, ponosząc za to znaczące wydatki. Dziś, niestety, jak mówią władze rejonu, szkoły stanowią podstawę samorządu. Ze swojej strony szkoły poprzez dzieci trzymają w garści rodziców i powstaje niezdrowy fundament samorządu. Ale taki stan jest uciążliwy jak szkołom, tak i mieszkańcom i nie może trwać długo. Ludzie dojrzewają do poczucia własnej obywatelskiej godności i odwagi i coraz trudniej będzie wywierać na nich niemoralne i pozaprawne naciski. Jest to więc tylko kwestia czasu.

Przyszłość rejonu wileńskiego i mieszkającej tu ludności polskiej w ocenie niezależnych obserwatorów została szczególnie zagrożona. Działacze Akcji, rządzący od lat rejonem, przykrywając się patriotycznymi hasłami, za wszystkie układy i koalicje rozliczają się ziemią i lasami, dając zgodę na ich przenoszenie kosztem naszej ludności, która na tym traci miliony litów, na ich parcelację i sprzedaż, nie dbając o rozwój gospodarczy, a tym samym o przyszłość szkolnictwa i kultury. Czy w tych warunkach wyjątkowego zagrożenia dla demokracji i przyszłości rejonu Polacy - politycy różnych opcji politycznych, dostrzegający te zagrożenia nie powinni zjednoczyć swoje wysiłki?

Na pewno. I to niezależnie od poglądów politycznych. A że różnie myślimy i oceniamy rzeczywistość - to bardzo dobrze. Gdybyśmy jeszcze dziś musieli myśleć i mówić wszyscy jednakowo - byłoby to po prostu tragiczne. Będąc człowiekiem kompromisu i poszukiwania rozwiązań zadowalających obie strony, zawsze jestem gotów do każdej współpracy, która w wyniku byłaby pożyteczna dla naszej ludności. Dlatego będąc starostą, i znając problemy, zawsze próbowałem przedstawić je władzom rejonu, proponując dialog - niestety, nigdy nie było nawet woli wysłuchania, a tym bardziej jakiejkolwiek dyskusji. Tomaszewski i Januđauskienë po prostu nie rozmawiają, z nimi nie ma żadnych szans na dyskusję. Na ich miejsce powinni przyjść inni ludzie. Tym bardziej, że urzędnicza korupcja i ignorancja w rejonie mają niezwykle szeroki zakres.

A czym jest Pan zajęty na co dzień?

Jako zootechnik i weterynarz z zawodu podjąłem się hodowli zarodowych rasowych królików belgijskich dużych i nowozelandzkich. Mięso jest zdrowe, bez cholesterolu. Mnie to ciekawi, uspakaja i daje niezależność.

Dziękuję za rozmowę.

Nasz Czas 2 (591)