Rejon wileński czeka na zmiany

Rozmowa z kandydatem na radnego Andrzejem Subatowiczem

- Panie Andrzeju najpierw poprosiłbym kilka słów o sobie.

- Pochodzę ze wsi Kosmowszczyzna gminy suderwskiej w rejonie wileńskim. Mam 40 lat. Po ukończeniu w 1981 roku Wileńskiego Politechnikum pracowałem kolejno jako strażak, tokarz, przez kilka lat byłem dyrektorem służby komunalnej w Suderwie. Obecnie razem z ojcem prowadzimy gospodarstwo rolne. Obrabiamy 19 hektarów ziemi. Mamy już za sobą przejściowy etap - do rejestracji gospodarstwa produkującego ekologiczną produkcję. Prowadzimy mieszane gospodarstwo, hodujemy bydło, świnie, jak też kultury zbożowe. Konkretnej specjalizacji na razie nie ma. W perspektywie planujemy zająć się agroturystyką.

- Jakie trudności spotykacie w swej pracy na roli?

- Niestety tych trudności jest sporo. Ale podstawowe, które nękają chyba wszystkich rolników na Wileńszczyźnie to brak pieniędzy obrotowych i brak fachowej porady, konsultacji. W całej gminie Suderwie nie mamy sieci skupu mleka.

Jedynym ośrodkiem konsultacyjnym w rejonie wileńskim dla rolnika jest Ośrodek Doradztwa Rolniczego. Panie, które tam pracują bardzo się starają, pomagają podwileńskim chłopom, ale niestety pracują tu tylko trzy osoby, na prawie stotysięczny rejon. Z kolei nie mamy żadnej pomocy ze strony rejonowego samorządu, starostwa. Takie wrażenie, że mieszkamy na różnych planetach - rejonowa władza i rolnicy.

- Pan działa w Związku Polaków na Litwie od pierwszych dni jego powstania, aktywnie działał również w AWPL. Co właściwie skłoniło Pana do kandydowania w wyborach samorządowych z listy Polskiej Partii Ludowej?

- Rzeczywiście włączyłem się do polskiego odrodzenia narodowego z pierwszych dni. Rozumiałem, że muszę w tym uczestniczyć, tak byłem wychowany w rodzinie. Pierwsze nasze wiece, pikiety, zebrania, pierwsze wybory - z pełnym zaangażowaniem uczestniczyłem w tym wszystkim. Agitowałem, zbierałem ludzi. Jeździliśmy nie tylko po naszej suderwiańskiej gminie, ale po całym rejonie. Było niełatwo, ale była również wiara, że z czasem wspólnym wysiłkiem będzie na naszej Wileńszczyźnie lepiej, lżej, sprawiedliwiej. Niestety tamten zryw narodowy jakoś z biegiem tych lat wygasł, nastały inne czasy, ale mieszkańcom Wileńszczyzny nie jest ani lepiej, ani lżej. Poczucie sprawiedliwości, szacunek do ludzi wygasały z wyborów na wybory mimo, że u władzy była nasza polska partia, która miała walczyć, troszczyć się o nasze wspólne interesy.

Nawet nie zauważyliśmy jak w naszych rejonach wytworzyła się prawdziwa dyktatura kilku osób. I tysiące ludzi muszą zachowywać się tak jak im będzie kazane z góry. Ludzie pracują na starostwa, ci z kolei na administrację samorządu. Każdy rozkaz z góry, nawet ten najgłupszy powinien być spełniony. Próbujących wyłamać się z szeregu, krytykujących władze od razu okrzykują zdrajcami polskości, a jeżeli są to pracownicy samorządowi, to po prostu wyrzuca się ich pracy. ZPL został całkowicie podporządkowany AWPL - owi, a właściwie mówiąc urzędnikom samorządowym z ramienia tej partii. Władza stała się stylem ich życia, oni już zapomnieli skąd wyszli, po co właściwie zajmują te stanowiska. Zwykli ludzie potrzebni im już tylko na wybory.

- Co, pana zdaniem, trzeba byłoby zrobić, aby polepszyć sytuację w rejonach?

- No, nie darmo ludzie mówią, że ryba psuje się od głowy. Najwyższy czas, aby władza w rejonach była zmieniona. Trzeba wreszcie dać szansę młodzieży. I oczywiście szczególną uwagą i troską otoczyć rolnictwo. Do pomocy rolnikom musimy włączyć starostwa. I to nie tylko w rozdzielaniu pieniędzy za krowy czy kompensaty za suszę. Dzisiaj zamiast pomocy i konsultacji biedny rolnik dostaje od władz po rękach za to, że śmie dokuczać jej. A to jak wiadomo odbija po prosu chęć pracować. System doradztwa rolniczego musi działać w terenie tuż obok rolnika. To jest szczególnie aktualne, ponieważ już w maju 2004 roku Litwa stanie się członkiem Unii Europejskiej i ludzie muszą widzieć co i jak robić w nowych warunkach.

Nasz Czas 48 (588)