Make your own free website on Tripod.com
Andrzej Niewinny Dobrowolski

Felieton
Fundator

Refleksje po X Forum Mediów Polonijnych

Już pierwszego dnia Forum, kiedy przedstawialiśmy siebie i swoje redakcje, na pierwszy plan wybił się pan S. z Toronto. Przystojny, w marynarce o krótkim rękawku, pewny siebie, roześmiany, chłopięco sympatyczny z bujną czupryną kędzierzawych loków. Dodające intelektualnej powagi okulary w złoconych oprawkach czyniły kompletnym wizerunek kogoś w sile wieku, sile twórczej płodności, sile siły jednym słowem.

Pana S. pełno było wszędzie. Zwłaszcza przed mikrofonami i kamerami. To, co miał do powiedzenia, było ze wszech miar ważne i powiedzenia godne. Z inspiracji, pomysłu i organizacji jego gazety Polonia kanadyjska ufundowała w miejscowości nieopodal Tarnowa szkołę. Była powódź, szkoła ucierpiała, na apel gazety pana S. zebrano pieniądze, przesłano je powodzianom, budynek odrestaurowano. Ponieważ nikt inny z uczestników Forum żadnej szkoły nie odrestaurował, pan S. gościem przed kamerami i mikrofonami ze zrozumiałych względów bywał najczęstszym, pochwał zbierał najwięcej. W końcu przyjechać, pojeść i pogadać potrafi prawie każdy, a szkołę odrestaurować mało kto.

Drugiego dnia o wczesnym poranku zszedłem do recepcji, spytać, czy można otrzymać kawę przed oficjalnym śniadaniem. Można było. Nie wypiłem jej jednak, jako że zaproponowano mi wypełnienie wolnego fotela w mikrobusie jadącym do miejscowości z odrestaurowaną szkołą. Wziąwszy reporterski notes i aparat fotograficzny, skorzystałem z zaproszenia. Zwłaszcza że przewidywano poczęstunek, więc i kawa powinna się znaleźć. Co było zgodne z oczekiwaniami, a nawet znacznie je przerastało, lecz nie uprzedzajmy faktów, czyli "po kolei", jak miał ponoć mawiać pewien zawiadowca stacji, robiąc siku na tory.

Przyjechaliśmy na miejsce, wstępując po drodze do burmistrza, magistra - przepisuję z wizytówki - inżyniera Stanisława Początka. Piękny gabinet, kawa i stół uginający się od mikrofonów wmagnesowujących na rozliczne taśmy i dyski treści podziękowań. Radio i telewizja z Krakowa nadające codzienne porcje wiadomości dla TV Polonia rozpoczęło tego dnia pracę wcześniej, niż zamierzano. Mnie, zgodnie z prawdą, przedstawiono jako obserwatora z Kanady. Prezentacji w trzech sekundach przerwy pomiędzy czwartym wywiadem a kolejnym przemówieniem dokonał pan S.

Szkoła stała na nogach. Cała, zdrowa, odbudowana. Dyrektorka, wójt i proboszcz tłumaczyli z zażenowaniem nieobecność przedstawiciela straży pożarnej, ciało pedagogiczne krzątało się przy ostatnich muśnięciach suto zastawionych stołów, mimo roboczego dnia urzędowania skądsiś pojawiła się nawet flaszka. Burmistrz zażartował, że ustawa czyni wyjątek na okoliczność obcokrajowców, spuentował dowcip potrzebą zatrudnienia Wietnamczyka i powrócono do podziękowań. Rzucono nawet liczbami, z których wynikło, że jeśli chodzi o restaurację szkoły, to w zasadzie tyczyła ona nie całego budynku, a dachu. Znaczy dokładnie nie całego, a prawie połowy. Konkretnie jednej piątej, czyli dwudziestu procent. Niestety, tylko na tyle wystarczyła suma przekazana ze zbiórki prowadzonej za pośrednictwem gazety pana S. Po tych uściśleniach powrócono do podziękowań, fotografii, wywiadów, a na koniec pożegnań, bo plan jest planem, czekało nas jeszcze tego dnia to i owo, trzeba było wracać.

Wsiedliśmy do mikrobusu, pan S. popędził prywatnym autem z burmistrzem. Jeszcze przed wyruszeniem umówiono się jednak, że na ogólnej sali posiedzeń i obrad burmistrz oficjalnie odczyta apel dziękczynny wprost do kamer ogólnopolskich i rozgłośni radiowych zarówno lokalnych jak i nadających przez satelity na cały świat. Korespondenci z Chicago i Nowego Yorku przekazali wiadomość do swoich studio, przedstawiciele Ukrainy, Litwy i Estonii zapisali wszystko w kajetach, pani z Białorusi zanotowała tekst orędzia w pamięci - wiem, bo sprawdzała szczegóły z moim "dyktafonem", a pan z Łotwy kolejny raz zapytał, czy na pewno dam mu książkę profesora Poznańskiego za darmo.

Podczas wygłaszania podziękowań burmistrz odczytywał tekst z mównicy, pan S. stał skromnie, na pół-baczność, z łagodnie pochyloną głową; sala, nie wiedząc, gdzie oprzeć wzrok, szurała krzesłami przesuwanymi w tę i w tę. Było podniośle, godnie, dumnie i dobroczynnie.

Nastrojony życzliwością ogółu postanowiłem i ja przyczynić się do zapropagowania jakiegoś szlachetnego uczynku. Szczęście tego dnia trzymało się mnie blisko, bo już pierwszy strzał okazał się celnym. Wedle informacji kolegi redaktora z miejscowej gazety, 25 kilometrów od Tarnowa, w Gruszowie Wielkim, pewien rodak z USA też ufundował szkołę. I to całą, od fundamentów, z murami po dach. Co więcej: prócz szkoły zlecił wybudowanie kościoła. Również od podstaw do wieży.

Niestety na miejscu powodzenie opuściło mnie gwałtownie, bo od nikogo nie mogłem się dowiedzieć, kim jest fundator. Proszę? Oczywiście, że wiedzieli, ale mieli zakazane mówić. Po prostu ziomek z Ameryki zażyczył sobie pozostać anonimowym.

Minęło już dwa dni od powrotu z Forum, a ja wciąż zachodzę w głowę, dlaczego?

Czyżby nie miał marynarki z krótkim rękawkiem?

Na zdjęciu: Autor felietonu - wolny strzelec w wolnym kraju, mimo że skorpion

Nasz Czas 38 (577)